Pobliskie Testy: Volkswagen Up! 1.0 high-up!

Dzień (właściwie wieczór) dobry. Dzisiaj na blogu rewolucja!
Patrząc, jak koledzy z podwórka (Basista i Marcin) piszą znakomite artykuły, pomyślałem że i ja mógłbym stestować jakieś autko i podzielić się moimi odczuciami. Niekoniecznie klasyczne, nawet współczesne, bo auta kocha się w całości, nie częściowo. A że niedawno w rodzinie pojawił się nowy motoryzacyjny członek, ten moment nastał w dniu dzisiejszym. Zobaczymy jak mi pójdzie, huhu ;)
Ma familia od zarania gustuje w autach nowych, jeżeli już trzeba kupić. Z salonu tato kupił Wartburga, a gdy ja przyszedłem na świat podwórko zaszczycił pachnący nowością Fiat Uno. Był 98 rok gdy Wartgolf się kończył a budżet lekko kulał. Rodziciele me przyprowadzili więc świeżego Malucha Towna, od którego notabene zaczęła się niespotykana sympatia do Małych Fiatów. Kilka lat temu wprost z warszawskiego salonu trafiła do nas nowiutka Toyota Verso, dzięki której w końcu mogliśmy zabrać się na nasze coroczne nadmorskie wypady. O niej mógłbym wiele pisać, także powinna w przyszłości doczekać się testu. Jedynym używańcem, na którego się zdecydowaliśmy, był Lanos z pewnego źródła i po bardzo okazyjnej cenie. Zastąpił Malucha i jeździ u nas do tej pory.
Jednak nic nie trwa wiecznie. Deu pod względem mechaniki robi dobre samochody, oszczędzając na zabezpieczeniu antykorozyjnym. Stąd Lanosik zaczął lecieć gdzie się da, fochy miał również silnik. Po holowaniu go Maluchem z Warszawy podjęliśmy decyzję: kupujemy. Przyszłe auto miało być niewielkie, jak najtańsze w utrzymaniu, wybitnie mało palić oraz idealnie sprawdzać się w mieście. I najlepiej, rzecz jasna, nowe. Dla świętego spokoju.
Od jakiegoś czasu chodził mi po głowie najmniejszy z Volkswagenów - Up!. Tak, z wykrzyknikiem w nazwie (pisownia oryginalna). Autko na tle innych, konserwatywnych modeli niemieckiej marki (jak i bliźniaczej Skody Citigo i Seata Mii) wyróżniało się i spełniało nasze wymagania. Zachęceni niemałymi rabatami z okazji wyprodukowania 200-milionowego samochodu marki Volkswagen... wzięliśmy go ;)
Formalności blablabla. Odbieramy z salonu w Łodzi.
Nasz Up! jest w najbogatszej wersji wyposażenia, określanej jako high-up!. Na pokład wrzucili mu sporo bajerów, m.in. podgrzewane fotele i lusterka, klima, radio + 6 głośników, alufelgi 15" Spoke, asystent podjeżdżania pod górę, nawigacja zintegrowana z komputerem pokładowym czy lakierowany na biało panel deski rozdzielczej. To z tych ciekawszych, rzecz jasna. Gdy auto zostało już wydane, udaliśmy się w drogę powrotną do Otwocka. Na oko 150 kilometrów, czym pokonał swoją pierwszą trasę.
O moich wrażeniach będzie nieco później. teraz przystąpmy do ogólnej prezentacji samochodu.
Niewątpliwie wygląd jest zaletą malucha z Wolfsburga. Sam byłem w szoku, gdy zobaczyłem wersję produkcyjną modelu Up!. Toż on nie różni się od konceptu! Zupełnie nie rozumiem opinii testerów w gazetach, że Up! jest prostym, nie wyróżniającym się pudełeczkiem, kultywującym stereotyp Volkswagena jako auta bez polotu wizualnego. Otóż właśnie nie! Sylwetka rzeczywiście nie jak na trendy 2014, ale jej ubranie już co innego. Smukłe lampy (dodatkowo świetnie widoczne), całkowicie szklana tylna klapa w połączeniu z muskularnym zderzakiem i dyskretnym spojlerem z pewnością tworzą zgrany tyłeczek. Nie ma mowy o nudzie.
Z przodu - ślepy pozna, że to Vw. Wyraziste światła nawiązują do reszty Rodziny, o czym przypomina sporych rozmiarów emblemat. Brakuje atrapy chłodnicy, którą przejął zderzak, chłonąc powietrze przez estetycznie i rasowo zaprojektowane wloty.
Cały samochód sprawia wrażenie uśmiechniętego i przyjaźnie nastawionego - typowo dla aut miejskich segmentu A. Jednak Volkswagen nie wygląda jak powiększona zabaweczka. Z przodu wydaje się być szerszy, a uczucie jest potęgowane przez kobylaste opony 185. Jak na tą wielkość oczywiście, bo Up! mierzy 3,54 metra.
Patrząc na profil od razu się dostrzeże niewiarygodnie wielki rozstaw osi - przekłada się to na przestronność, o tym zaraz. Szerokie szyby zapewniają doskonałą widoczność. Czarny, perłowy kolor dodaje dostojności, natomiast alufelgi lekkości, subtelności. Szczerze to nie podobało mi się takie połączenie, bo widziałbym bardziej rasowe koło. Później się przekonałem, jak tu wszystko ze sobą współgra.
Przejdźmy do środka. Wsiedliśmy, ustawiliśmy fotel i lusterka, zamykamy drzwi. I nagle: "Kurde, ile tu miejsca!". A gdy wychodzimy, mamy przed sobą 3,5 metrowego wypierdka. Tak, Up! ma BARDZO przestronne wnętrze, spokojnie przeskakujące następny segment aut, nawet dorównując kompaktom. Naprawdę szok, jak udało się tyle wygospodarować. Siedząc zapomina się o jego wymiarach, przypominając sobie dopiero podczas parkowania. Przyjemne wrażenie utrzymuje bialutki panel, pomalowany lakierem fortepianowym oraz czarne wstawki na obszytej skórą kierownicy. Razi goła blacha drzwi, co moim zdaniem jest niedopuszczalne nawet w najtańszym samochodzie. Nieco mi zaleciało Maluchem. Chociaż co by nie mówić, w czarnym kolorze jeszcze ujdzie.
Fotele ze zintegrowanymi zagłówkami dobrze trzymają ciało i zachęcają do szybkiego brania zakrętów. Podgrzewanie działa perfekcyjnie - nie minie minuta, a człowiek się poci. Najlepiej zmniejszyć wydajność, wtedy zimą jedzie się po królewsku. Tapicerka jednak mogłaby być nieco żywsza, ale z drugiej strony niełatwo się zabrudzi.
Przesiadamy się. Z tyłu oczywiście zionie goła blacha, ale i mamy kolejny niewybaczalny błąd. Są nim... uchylane szyby! Nie że Korbotronik, tylko zwykłe wihajstry mogące ją odchylić na kilka centymetrów. Ooo nie, prestiżowy Volkswagen i taka wtopa? Tak wiem kryzys, oszczędność sratytaty, ale do przesady. Wraz jak w Maluchu! Widzicie, znów samochody przestają mieć oczywiste rzeczy, choć 15 lat temu nie były to uchylane szyby, a brak zapalniczki, dziennego licznika, grzanej tylnej itp.
Ciśniemy dalej. Kanapa jest twarda jak siedzenia w nieogrzewanym Ikarusie, w dodatku bez pasów dla piątej osoby. Nad drzwiami nie uświadczymy rozkładanych łapek, a kawę może postawić jedynie pasażer wyższy w hierarchii. Ogólną beznadzieję ratuje fakt, że tu również jest niesamowicie przestronnie w każdym istotnym obszarze (nogi, głowa, reszta ciała). Dodatkowo siedzenia przednie są specjalnie wyprofilowane na nogi pasażerów z tyłu.
Bagażnik. Śmiało można go tak określić, nie jako "większy schowek". Posiada podwójną podłogę, dzięki czemu jest naprawdę głęboki i pakowny. Jedynie high-up!y posiadały dzieloną kanapę. Przeszkadza wysoki próg załadunku i brak automatycznie podnoszonej z klapą tylnej półki. I oczywiście ponownie blacha.
W kokpicie trudno doszukać się wad. Jest prościutki w obsłudze, cieszący oko i przejrzysty. Nie wiem który raz pochwalę biały panel, ale naprawdę jest uroczy. Posiadającą wspomaganie kierownicę obraca się jednym paluszkiem, do tego jest spłaszczona u dołu jak w usportowionych Audi. Schowki w porządku, czerwone podświetlenie przełączników nie razi po oczach. Jedynie radio swoim wyglądem wraca do poprzedniego tysiąclecia, czego nie można powiedzieć o parametrach. Sześć wbudowanych głośników (w tym dwa w słupkach A) ładnie roznoszą dźwięk po wnętrzu, wydając go bardzo czysto.
Nasz Up! jest wyposażony w nawigację satelitarną, połączoną z komputerem pokładowym. Zintegrowany system pracuje płynnie i jest czytelny, choć z drobnymi błędami w tłumaczeniu. Dobrze współpracuje z radiem, co jest niezwykle istotne w trasie. O co mi chodzi? Ustawiając automapę, miła pani co jakiś czas nakazuje gdzieś skręcić. Tutaj jej głos słychać we wszystkich głośnikach, dyskretnie przyciszając na ten moment radio. Efekt jest przyjemny, bo nie trzeba co chwila go ściszać. Jeszcze mogę dodać, że wspomniana pani jest bardzo uprzejma, wręcz prosząc mnie o zjechanie na lewy pas bądź skręcenie w prawo. Nasza stara nawigacja (niefabryczna) rzucała tylko suche nakazy, jak "Skręć w lewo", a nie "Proszę teraz skręcić w lewo" ;)
A co do komputera, z początku sprawił pozytywne wrażenie. Wszystkie dane masz wyświetlone na ekraniku, możesz sobie wyzerować, włączyć tryb oszczędnej jazdy, kontrolować chwilowe spalanie... Ideał. Tylko mógłby nie przekłamywać, bo nasze przeliczenia niestety się nie zgadzają z tymi, które wyświetla. W tej kwestii komputer w Toyocie jest całkowicie szczery. Co do joty, ani setnej litra za dużo. Tutaj różnice wychodziły rzędu 0,3 l. Aj Volkswagen, Volkswagen, taka porządna marka...
Ciągnąc cięgno przy pedałach, odblokowujemy maskę. Niezwykle lekką maskę, zabezpieczaną króciutkim pręcikiem. I co mamy? Trzycylindrową Tysiączkę, rozwijającą 75 kucy. To topowa jednostka w Up!ie, co nie znaczy że wszystkie światła nasze. Silniczek ma typowe dla trzycylindrowca faflunięcie, co niektórych może denerwować, innych rozbawić, trzecich uspokoić. Taki pyrkocący fafarafa. Ale trzeba przyznać, że ma dobrą kulturę pracy, nie emituje znacznych wibracji ani też zbytnio go słychać. Katalogowo ma ponad 13 do setki, ale nie wierzę w to. Niby jak się wkręci to odchodzi, ale z miejsca jakby nie chciał, coś go blokowało. Po prostu taki urok i już przywykłem. Za to odwdzięcza się zużyciem - do 5 litrów w korkach. Ładnie, a to benzyniak.
Ale on mało zajmuje. Co to jest! Za to chciałbym zobaczyć, jak kwestię ułożenia silnika rozwiązali francuscy inżynierowie w Twingo. To obecnie jedyne produkowane auto z "sercem na tyłku", mówiąc kolokwialnie.
Jeszcze buźka, pozwalająca się uśmiechnąć w obliczu codziennych, powolnych powrotów do domu. No właśnie: Up! jest autem stworzonym do wielkomiejskiej dżungli, ponoć uwielbiającym korki i ciągłe wahania prędkości. Jak się to ma do rzeczywistości?
Trzeba przyznać, że w mieście jest niezastąpiony. Oczywiście przez parkowanie, co ekstremalnie ułatwiają ogromne połacie szyb i fakt, iż zawraca w miejscu. Czujniki można dokupić, ale i po co skoro tył jest na wyciągnięcie ręki. Jak kończy Ci się szyba, za kilkanaście centymetrów masz koniec samochodu, o czym marzą kierowcy sedanów. Parkowanie, wymijanie, zawracanie, zjeżdżanie - wszystko po mistrzowsku.
Natomiast przeszkadza zbyt słaba moc, przez co nie można "uciec" w razie ataku pędzącego BMW warszawskiego garniturka. W korkach tocząc się na biegu spala niewiarygodne ilości paliwa, o czym nie można powiedzieć w trasie. No i nieco męczy "turbodziura" (hmm jak to nazwać w silniku bez doładowania?) w dolnym zakresie obrotów, a przecież w korkach nie da się go porządnie wkręcić. Za to wszystko rekompensuje leciutko chodząca kierownica oraz sprzęgło na dotyk.
W mieście się sprawdza, a co można powiedzieć w trasie? To samo. Auto pewnie trzyma się drogi, prowadząc je odnosimy wrażenie kierowania o wiele większym samochodem. Wtedy komputer jest bardzo przydatny i równocześnie nie mamy bólu czterech liter że spalanie wzrosło o jedną dziesiątą. Jadąc 90 na piątce chwilowo pali ok. 3,5 litra, zatem zejście z średniej jest wielce prawdopodobne, choć trudne. W dieslach znacznie łatwiej to kontrolować, bo tu jak się uczepi określonej liczby, ciężko ją zbić. No i podobnie jak w mieście, moc jest czasami niewystarczająca, np. podczas wyprzedzania. Na plus idzie komfort podróżowania, bo znakomite fotele nie pozwolą na czucie dyskomfortu, a w zimie jeszcze ogrzeją. Niewątpliwie wnętrze to wielki as w rękawie Up!a.
Volkswagena mamy od ponad miesiąca i oczywiście przy przebiegu 2000 km ewentualna usterka była by czymś nie do przyjęcia. Prawdopodobnie wymieniliby cały samochód, a tego szczegółowo przebadali, przecierając oczy ze zdumienia. A główni użytkownicy, czyli ja i mama codziennie dojeżdżający do Warszawy, doceniamy jego poręczność i spryt w miejskim ruchu.
Krótko podsumowując: niemiecki producent w projektowaniu najmniejszych aut zrobił level up!, w porównaniu do ciasnego Lupo i dziadkowego Foxa. Od podstaw stworzył nowy pojazd o wielkich możliwościach, z przestronnym wnętrzem i pojemnym bagażnikiem w atrakcyjnej szacie. Up! jest dojrzałym samochodem,, który wyprzedza konkurentów pod wieloma względami. Nie ma sobie równych w dziedzinie komfortu, ale również spalania, mimo lekkich kłamstewek komputera (a dokupić start-stop to już w ogóle, darmowa jazda!). Piękny obraz psuje dość marny motorek (czekamy na GTI i nie możemy się doczekać), widoczne elementy przesadnej oszczędności oraz cena nieadekwatna do wyposażenia. Ale to w końcu Horyzont i Holcwagen, a przy rabatach można zaszaleć i dorzucić coś ekstra ;)
 
Mam nadzieję, że podobał się pierwszy teścik. Będą kolejne, a w nich rozmaite pojazdy, zabytkowe i współczesne. Przetestujemy również dwa kółka ;)
A może Ty byś chciał nam pokazać swoją motoryzacyjną dumę? Odezwij się do nas na naszym facebookowym profilu bądź na mailu (pobliskaulica@gmail.com), a spróbujemy coś ustalić.
Dziękuję za uwagę!

Autor i zdjęcia: Michał Bakuła.


Pobliskie Miejsca 2014 - Łuków

Pewnego wieczoru pisząc z moim frendem Łukaszem obaj stwierdziliśmy, że trzeba gdzieś pojechać. Koniecznie, bo zbyt długo tkwimy w domach. A przynajmniej on, bo przecież ja do Siedlec mam kawałek, więc to było dla mnie swego rodzaju ruszenie Czterech Liter. "Zbyt długo" okazało się dwoma tygodniami, bez odwiedzenia żadnego nieznanego dotąd miasta! I ja poczułem zew odkrywczy, wobec tego przytaknąłem na jego propozycję udania się na Lubelszczyznę. Siadłwszy do KMki, dojechałem do Siedlec, by następnie przesiąść się w drugiego kibelka obierającego kurs na Łuków. Dlaczego wybraliśmy to miasto ja Wam nie powiem, co sam nie mam pojęcia. Może bo kiedyś się przejechało po drodze, bo należało swego czasu do siedleckiego, nie wiem. Ale dotarliśmy gdzie mieliśmy dotrzeć, i skuci w czapki i szaliki wyruszyliśmy na miasto.
Pierwsze wrażenia? Denne. Spodziewaliśmy się horrendalnej ilości wszelkiej maści Holcwagenów (z nastawieniem na wiadomo jakie), ale ile ich tam jeździ przerosło nasze oczekiwania. Taka sytuacja - parking pod Lidlem. Patrzysz w lewo - Golf 2 i 3 obok siebie; odwracasz wzrok - Czwórka i Pasek B5; w tył - kombo BeCzwórek. LUDU!! Można się porzygać! Seryjnie, wyszukanie tam Francuza albo Japońca można potraktować jako minichallenge. Jakby było mało, większość ma świeże tablice, mimo niskiej prezencji i ogólnego kiepskiego wrażenia. Jest prestiż - jest. Ma jeździć, nie wyglądać, prawda?
Ech mówimy, załamka. Poświęciliśmy się w mróz na łapanie rarytasów, a tu taka lipa. Ale nie poddajemy się, brniemy dalej. W końcu musiałem podnieść na coś aparat, padło na Golfa Bi-color.
Nie minęło wiele czasu, pojawiło się pierwsze polskie auto. Dziadki wracają sobie z Biedry Wąskim Caro i mają gdzieś Zachód.
Za to pod Kauflandem trafiliśmy na petardę. Chciałoby się krzyczeć, mając przez oczami dziewicze E30. Na czarnych!!!oneone
Okeyy, obniżone i z alu. Dyskretnie znaczy profesjonalnie! Nawiasem mówiąc, kierował nią facet po 60.
Ręce zmarznięte, ale w głowie radocha. W podskokach poprzez centrum łapiemy Pluszaka.
I fresztajmera Janga.
NARESZCIE pierwszy Maluch, ulga po pachy. Nie każdy wymienił siarowego Fiata na niemiecki prestiż.
FL w biedzie na Bis-kołpakach, konserwacja się wylewa. Cieszy nas że się uchował.
Czarne SDB z niskim numerem oznacza rok 1991.
Hyc przez ulicę i kanciasty kształt. Duży Fiat na komisie z rocznika... 1973. Kundel jakich mało, przód i tył z lat 80. Jedyne 5900. KTO URATUJE????
Giallo Ambra, mega lakier.
U siebie w garażu kładę pod koła dywany, ta Beczka sobie sama załatwiła. Zielony.
Za to ten Caro ma GROKI!!! Ratójmy!
A propo, Wąszczaki z Grokami trafiały się mega rzadko.
LLUbię to! Szał ciał!
Łazienkowe uchwyty na zderzakach wygrywają wszystko.
Smutny Kuc. Końcówka SDB to 1993.
Babcia podjechała pod szkołę po wnusia, ale zaparkowała z dystansem. Żeby koledzy nie zauważyli.
Jedyne co tu jest zardzewiałe, to tablica. Poza tym nie Łada, a Żiguli - posiada silnik 1600, który nie występował u nas. A Łada to właśnie nazwa eksportowa samochodu Żiguli.
Zagłówki z tyłu i szyby '98. Nie ogarniam.
To nic w porównaniu z tym, którego niedawno znalazłem w Otwocku. Pokażę niebawem.
LBJ są tablicami z Łukowa po reformie administracyjnej z 1999 roku. Odtąd miasto zaczęło należeć do województwa lubelskiego, a litera w numerze oznacza sam koniec wydawania czarnych tablic w roku 2000.
Okropnie brzydkie to. Wieje mi Citroenem HY, szczerze mówiąc.
Ale w końcu ekstrawagancki Francuz. SDX 6XXX - 1998.
Pod Biedrę zajechało pierwsze Szerokie (i brudne) Caro.
90's everywhere!
To już level hard w tym mieście, taki 300ZX.
I tak siara w choooy - Japoniec.
Wypłynął następny Typ Wąski, najładniejszy ze wszystkich.
Tak gadam że wąski nie wąski, a nie każdy musi wiedzieć co to znaczy. Wąskie Caro bardzo łatwo poznać - wlot na masce oraz węższy rozstaw tylnych kół, aż nienaturalnie. Dopiero w 1993 roku wprowadzili szerszy, bardziej cywilizowany układ.
Manta?
Była raz legenda o dwóch takich co ukradło blendę, a trzeci korzystając założył tablicę. A przynajmniej tak słyszałem.
 Statystycznie 75% Favoritów posiada ten kolor.
Najświeższe spośród widzianych tablic. Pewnie kupił jakiś muody.
Przejdźmy do tego, co w Łukowie najlepsze - PKS. Jak to w dawnym siedleckim, robi robotę i kusi do oblatania wszystkiego z aparatem. Autobusy (przeważają produkcji polskiej) są w świetnym stanie technicznym oraz najzwyczajniej w świecie pięknie wyglądają, jak w Garwolinie, Siedlcach, Mińsku Mazowieckim (chociaż z tym ostatnim jest coraz gorzej). Jednak łukowski tabor posiada niebywałego rarytasa, którego przy dobrych wiatrach można spotkać w zaledwie kilku miastach w Polsce. Sam gdy go ujrzałem, musiałem potem zbierać spod niego szczękę. Ale najpierw klasyka w postaci niezliczonych Hadziewionek i Dziesionek, a także Jelczy.
Nim dojdziemy do punktu kulminacyjnego, krótki przerywnik i kącik czarnych tablic. Przedliftowy Swift na nowych łukowskich z 1999.
Zmodernizowana Cordoba z Lublina.
Klijo Dwa, dość wtedy nowoczesne.
Przyjechała i Warsiawka ASzóstką C4, ustawiwszy się obok poprzednika, jeszcze Setki C4.
OLUdzie, wersja Style.
Czas na dwa pojazdy, które wygrały cały wyjazd, internety, moją mentalność i wszystko, wszystko. W życiu bym nie pomyślał, że w 2014 roku wciąż jeździ... Autosan H9-35! Tą krótką, miejską wersję popularnego autobusu posiadającą drzwi zwane harmonijkami produkowali bardzo krótko, bodajże do końca lat 70. Jego przeznaczeniem miał być wewnętrzny transport w mniejszych miastach, do czego się niebywale nadawał. Jeszcze przed 2010 rokiem te wersje posiadał przewoźnik w Mielcu i tamtejsze były najbardziej znane, lecz o łukowskich nie miałem pojęcia. PKS do dzisiaj posiada aż 6 sztuk na, jak śmiem twierdzić, kilkadziesiąt w całej Polsce. Wszystkie wciąż jeżdżą, niektóre nawet nie uległy modernizacji frontu, co niezmiernie mnie cieszy. Fantastyczny busik, o którego unikatowości mało osób ma pojęcie!
Wszystko oryginalne, nawet zostawili harmonijki!
Ledwo się pozbierałem po tym odkryciu, gdy znowu mój mózg nie wytrzymał. Idąc jednym z osiedli, spośród polepionych Golfów wyłoniła się...
ONA.
Nie nie, to niemożliwe. Syrena na parkingu, stojąca sobie, po prostu. Nie w rękach żadnego miłośnika. W znacznie lepszych - pierwszych.
Ktoś ma ją od nowości i ani śni zmieniać. Naprawy blacharskie wykonuje we własnym zakresie, a z części zapewne mógłby w piwnicy złożyć drugi silnik. Do tego zna auto na wylot, doświadczony ponad 30-letnią eksploatacją. Wymiana mija się z celem.
Wciąż nie mogę się otrząsnąć. Genialny pomnik PRLu, jakby wyjęta stamtąd. Wszystko tu pasuje, nic bym nie zmieniał. Widzicie, takie sytuacje wciąż są na czasie i Syrenę nadal ktoś może używać jako zwyczajne auto do załatwiania spraw na mieście. I NAWET JEJ NIE GARAŻOWAĆ!
Najbardziej mnie zastanawia, jakim cudem nie uległa osiedlowej patologii. Sami nie dowierzają i postanowili jej odpuścić? Wielce prawdopodobne.
Podsumowując: miało być dennie, wyszło mięśnie i momentami szokująco. Coś czuję, że podobnych scen nie uświadczę nigdzie indziej, lecz nie można wątpić. Nawet w nowoczesnym mieście poddającym się modzie na Zachód tkwią relikty dawnej motoryzacji. Wystarczy się wczuć, zgłębić, a same przyjdą bądź do siebie poprowadzą. Zachęcam do takich wypraw :)
Na następną wyprawę obierzemy Sokołów i Węgrów, ostatnie większe skupiska w dawnym siedleckim. Ale już na wiosnę, teraz pod kocyk.

Miejsce: Łuków, Województwo Lubelskie
Zdjęcia: Michał Bakuła